Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jak spotkałem Swamiego Vishwanandę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jak spotkałem Swamiego Vishwanandę. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 września 2010

Swami Vishwananda w Kenii

Sri Swami Vishwananda przebywa w chwili obecnej w Kenii. Właśnie rozpoczął Swoją wizytę, która potrwa do końca miesiąca.
Z tej okazji przedstawiamy kolejny fragment z mającej się ukazać w języku polskim książki "Rozkwit Serca":
Sri Swami Vishwananda z dziećmi z sierocińca w Kenii
"Po naszym powrocie do domu z Indii, w 1997 roku, ktoś opowiedział nam o Swamim Vishwanandzie. Zbiegiem okoliczności, dom kobiety, u której się zatrzymał należał do mojej koleżanki. Powiedziała do mnie:
„Przyjdź dziś wieczorem do mojego domu, on jest taką uroczą osobą – musisz go zobaczyć. Teraz go nie ma, ale zadzwonię do ciebie, jak tylko wróci.”
Moja koleżanka zadzwoniła do mnie później tego wieczoru:
- „Przepraszam, on wrócił późno i jest teraz zmęczony, musisz przyjść kiedy indziej.”
- „Nie ma problemu.” - odpowiedziałam -„Kiedy Bóg tego zechce, spotkam go.”
Poszliśmy spać tej nocy, ale o godzinie drugiej rano obudził nas dzwonek telefonu! Zastanawiałam się, któż to mógł do mnie dzwonić o tej porze w nocy.
- „Witam, tu mówi Swamiji.” - powiedział głos w telefonie -„Słyszałem, że chciałaś mnie zobaczyć. Jednakże, byłem zmęczony po powrocie, ale teraz już trochę odpocząłem. Jutro wyjeżdżam na Mauritius, czy chciałabyś przyjść teraz?”
- „Cóż, jesteśmy już w łóżku” – odpowiedziałam - „Ale w porządku, mój mąż i ja bardzo chcielibyśmy cię zobaczyć.”
Wyjrzałam na zewnątrz przez okno - obficie padało! Próbowałam sobie nas wyobrazić, idących pośród tej ciężkiej burzy.
„Ok, przyjeżdżajcie więc, do zobaczenia. Pa,pa...” - i to by było na tyle.
Sanjit i ja wstaliśmy zatem ponownie, ubraliśmy się, wzięliśmy parasol, ale gdy tylko wyszliśmy z domu, deszcz ustał. Byłam nieco zaskoczona i, oczywiście, zachwycona tym faktem.
Usiedliśmy ze Swamim i rozmawialiśmy do trzeciej nad ranem. Po raz pierwszy zmaterializował vibhuti dla Sanjita i dla mnie.
Następnego ranka, zanim wyjechał na Mauritius, zmaterializował dla mnie biały lingam.

 Wrócił po miesiącu i zabraliśmy go do domu z bezdomnymi dziećmi. Pobłogosławił tam wszystkie dzieci i dla każdego zmaterializował wisiorek. Byłam bardzo wzruszona widząc jego miłość dla tych dzieci. 
(o działalności charytatywnej Swamiego Vishwanandy w Kenii pisaliśmy już TUTAJ)

Przed dziesiątą rocznicą mojego ślubu, urządził dla mnie przyjęcie - niespodziankę, a miał on dziewiętnaście lat. Po przyjęciu, o godzinie dwunastej, przyszedł do domu na herbatę i spytał mnie:
„Gdzie jest mój pokój?”
„Którykolwiek chcesz.” - powiedziałam mu.
„Dobrze, bądź więc przygotowana, przyjdę do ciebie wkrótce.”
W tym czasie, mieszkał on u kogoś innego w domu, więc uznałam, że żartuje. Kiedy wyjechał do Szwajcarii, zadzwonił do mnie:
„Przewieź, proszę, moje rzeczy i przygotuj dla mnie pokój.”
Dwa miesiące później, przybył do naszego domu. Na ścianie jego pokoju pojawiły się znaki trzech głównych religii: krzyż, OM i półksiężyc – wszystkie namalowane vibhuti.
Kiedy był w Nairobi, zwykł udzielać darshanu w domu, więc każdego dnia gościłam w domu pięćset osób.
Rok później przyjechał ponownie. W sierpniu 1998 roku, podczas Janmashtami, uroczystości narodzin Pana Krishny, zmaterializował dziewięć statuetek Krishny-dziecka: cztery ze srebra i pięć ze złota.
Pewnego wieczoru, w 1998 roku, poszliśmy obejrzeć film „The Day After Tomorrow” (tłum. „Pojutrze”) o strasznym tsunami. Kiedy wróciliśmy do domu, Swami powiedział do nas: „To stanie się naprawdę.” Siedem lat później nastąpiła tragedia tsunami."
Kajal i Sanjit – Kenya

niedziela, 29 sierpnia 2010

Twój Guru cię poprowadzi - Rozkwit Serca

Poniższa historia pochodzi z mającej się ukazać w języku polskim książki "Rozkwit Serca":


"Rankiem, 18 września 1998 roku, zadzwonił do mnie przyjaciel, aby podać mi numer telefonu do domu w Szwajcarii, w którym przebywał Swami Vishwananda.


Głos, który odebrał mój telefon, powiedział: „Jestem Swamiji, będę na ciebie czekał; przyjdź jednak szybko, gdyż dzisiaj wieczorem lecę do Londynu. To mój pierwszy pobyt w Szwajcarii, więc nie potrafię za dobrze wytłumaczyć, gdzie się teraz znajduję. U podnóża góry znajduje się jezioro; wydaje mi się, że nazywa się Turnersee. Od jeziora, wejdź na tą górę, a po lewej zobaczysz gabinet medyczny z parkingiem naprzeciwko niego. Po prawej zobaczysz żółty dom, a na jego tyłach górską chatkę, w której będę przebywał. Nie znam ani nazw ulic, ani numeru domu, ale twój guru cię poprowadzi.”


Kiedy przybyłam pod chatkę i stanęłam przed Swamim, przez głowę przemknęła mi następująca myśl: „To jest mój drogi brat, którego szukałam przez wieki.” W jednej chwili wiedziałam, że nie muszę już dłużej szukać po całych Indiach, jak to dotąd robiłam. Swami Vishwananda dał mi nową nadzieję, ukazał mi drogę do miłości i w cudowny sposób uleczył mnie z poważnej choroby wieńcowej. Moja miłość i wdzięczność zawsze należą do Niego." - Therese, Szwajcaria

sobota, 21 sierpnia 2010

"Swami jako lekarz"

Kochani Blogerzy,


Nasza siostra Kadambari ma nową sąsiadkę. Jest nią Św. Faustyna Kowalska. I nie jest to żart, ponieważ Kadambari mieszka od niedawna przez płot z Sanktuarium w Łagiewnikach, gdzie spoczywają Św. Relikwie Siostry Faustyny.


Kadambari przysłała mi niedawno piękną historię o Swamim Vishwanandzie. Historia poniżej, a oto co napisała Kadambari:

"Przesyłam Ci w załączniku list, który napisała osoba nie znająca Swamiego osobiście, w ogóle z Nim nie związana. Jest to relacja z Jego cudownej ingerencji."

"To było rok temu. Miałam bardzo miły sen. Przyśnił mi się jakiś pan, który z daleka patrzył na mnie z niesamowitym spokojem i uśmiechem. W lecie odwiedziłam moją siostrę. Powiedziała mi, że wybiera się na spotkanie, w którym będzie brał udział jakiś pan, którego nazwiska już nie pamiętam, i pokazała mi jego zdjęcie. To był ten mężczyzna z mojego snu. Po powrocie do domu za jakiś czas zaczęłam obserwować dziwne zachowanie się mojego męża. Podejrzewałam, że to depresja. Brał też tabletki, które miały to złagodzić. Niestety sprawa się coraz bardziej pogarszała. Wizyta u lekarza, badania, prześwietlenia i diagnoza: rak na prawej półkuli głowy, natychmiast operować. Od 19 lipca mąż przebywa w szpitalu. Tydzień badań szpitalnych i przygotowanie do operacji. W niedzielę 25 lipca odwiedza mojego męża lekarz, który będzie go operował. Ten lekarz przypominał mi pana z mojego snu. Po podaniu ręki na pożegnanie poczułam ogromną ulgę i wręcz radość jak gdyby ktoś zdjął ze mnie ogromny ciężar. Wiedziałam, że wszystko będzie dobrze. W poniedziałek 26 lipca operacja. Po operacji rozmowa z lekarzem i diagnoza: to nie złośliwy rak tylko duży guz i cysta. Lekarze podczas operacji sami byli zaskoczeni, bo zdjęcia pokazywały coś innego. Po operacji osłabienie i depresja, ale wiem, że to minie. Potrzeba czasu. Do tej pory nie miałam jeszcze okazji widzieć się z tym lekarzem, który odwiedził nas w niedzielę przed operacją.”- Ania

Przyp. red.: Mężczyzna ze zdjęcia, który pojawił się we śnie, a później przypomniał o sobie w postaci lekarza to Swami Vishwananda. W dzień rozmowy z lekarzem przed operacją na całym świecie obchodzono święto Guru Punima – święto wszystkich mistrzów.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Swami Vishwananda - Wesołość, Rozkwit Serca

Historie o Krishnie wykradającym masło mają wiele analogii ze Swamim Vishwanandą. On kradnie ludzkie serca obfitością swojej miłości i oddania Bogu, będąc doskonałym przykładem własnych nauk. Jego radość, żarty i poczucie humoru były tak bardzo przyciągające, kiedy spotkaliśmy Go po raz pierwszy w 1998 roku.



Gdy po raz pierwszy zobaczył śnieg w Alpach Szwajcarskich, z radości prawie zamienił się w bałwana, turlając się zabawnie dookoła. Kiedy weszliśmy na górę Schilthorn - mającą ponad 2 000m (ponad 6 300 stóp) wysokości, zaczął padać śnieg. Byliśmy rozczarowani, ponieważ chcieliśmy, żeby Swami nacieszył się przepiękną, górską panoramą, a Swami odpowiedział: "Nie martwcie się." Jak tylko to powiedział, wyszło słońce, a chmury w oka mgnieniu zaczęły się rozwiewać.
Doświadczyliśmy też bezpośredniej relacji Swamiego Vishwanandy ze zwierzętami. Górski ptak zatrzymał się niedaleko Swamiego i podskakując coraz to bliżej, znalazł się na Jego wyciągniętych rękach.
 Kiedy podróżowaliśmy samochodem lub pociągiem, Swami zawsze miał na ustach badżan, tak samo jak Krishna i Jego flet. To zawsze wprowadzało nas w dobry nastrój.
W kuchni nigdy nie brakowało entuzjazmu. Wymienialiśmy się hinduskimi i szwajcarskimi przepisami, razem gotowaliśmy, a także dużo się śmialiśmy.
Zawsze mnie to wzruszało, gdyż Swami był stale pomocny: w gotowaniu, sprzątaniu, zmywaniu i wycieraniu naczyń. Pomagał we wszystkim. Dla Niego była to najbardziej naturalna rzecz na świecie! W tym samym czasie dużo śpiewaliśmy i śmialiśmy się! - Verena Leuzinger – Szwajcaria

sobota, 17 lipca 2010

MAURITIUS - duchowa wycieczka z Mistrzem!

Drodzy Blogerzy,


Jak być może niektórzy z Was wiedzą, Sri Swami Vishwananda przebywa w chwili obecnej w swoim rodzinnym kraju, na wyspie Mauritius. Wiele osób było już tam ze Swamim z pielgrzymką. Jednym z owoców jednego z takich wyjazdów jest piękny pokaz slajdów w postaci video, przygotowanego przez jednego z uczniów Swamiego.


Miłego oglądania!

środa, 11 listopada 2009

Bóg nigdy nie zapomina



Kiedy po raz pierwszy spotkałam Swamiego Vishwanandę, poczułam, że znam od dawna te oczy. Wraz z mężem krótko z Nim rozmawialiśmy, nie bardzo wiedząc co powiedzieć i o co spytać. Kiedy już zdobyłam się na to by coś powiedzieć, wymamrotałam: "Swami, czy mogłbyś przyjść i pobłogosławić nasz dom?" On odpowiedział: "To wszystko jest w rękach Boga - kiedy będzie właściwy czas i jeśli tak ma być, to tak się stanie".

Potem dorzucił "Ah, może za pięć lat".

Byłam w szoku - pięć lat to tak długo. W następnych latach uświadomiłam sobie znaczenie powiedzenia: "Człowiek prosi i zapomina, ale Bóg nigdy nie zapomina".

Swami dotrzymał swojej obietnicy; dokładnie w pięć lat później otrzymałam od Niego telefon z zapytaniem czy mamy czas i czy może nas odwiedzić. Oniemiałam.

Przyszedł do naszego domu, wszystkich pobłogosławił i zjedliśmy wspólnie z Nim wspaniały obiad.

Bóg nigdy nie zapomina



Kiedy po raz pierwszy spotkałam Swamiego Vishwanandę, poczułam, że znam od dawna te oczy. Wraz z mężem krótko z Nim rozmawialiśmy, nie bardzo wiedząc co powiedzieć i o co spytać. Kiedy już zdobyłam się na to by coś powiedzieć, wymamrotałam: "Swami, czy mogłbyś przyjść i pobłogosławić nasz dom?" On odpowiedział: "To wszystko jest w rękach Boga - kiedy będzie właściwy czas i jeśli tak ma być, to tak się stanie".

Potem dorzucił "Ah, może za pięć lat".

Byłam w szoku - pięć lat to tak długo. W następnych latach uświadomiłam sobie znaczenie powiedzenia: "Człowiek prosi i zapomina, ale Bóg nigdy nie zapomina".

Swami dotrzymał swojej obietnicy; dokładnie w pięć lat później otrzymałam od Niego telefon z zapytaniem czy mamy czas i czy może nas odwiedzić. Oniemiałam.

Przyszedł do naszego domu, wszystkich pobłogosławił i zjedliśmy wspólnie z Nim wspaniały obiad.

piątek, 11 września 2009

Swami zawsze pamięta


Od maja 2009 roku przechodziłam wielki kryzys wiary. Miałam wrażenie jakby mnie pochłonęły jakieś ciemności – nie wiedziałam już co jest prawdą, a co nie. Zaczęłam wątpić we wszystko co wcześniej było dla mnie tak ważne. Napisałam 2 maile do Swamiego wylewając wszystkie swoje żale i cierpienie duszy, które wtedy odczuwałam. Dostałam tylko jedną zdawkową odpowiedź – „Słuchaj swojego serca, teraz wyjeżdżam, napiszę do Ciebie później.” Ale później nie nastąpiło, po drugim mailu całkowity brak odpowiedzi. Czułam się wtedy opuszczona i pomyślałam, że nawet Guru nie chce mieć ze mną do czynienia, że mnie zostawił w najcięższych momentach życia.
Któregoś dnia, gdy już największe emocje opadły, moja koleżanka zapytała mnie – „Jak Twoja relacja z Guru?”, na co jej odpowiedziałam, że relacji nie ma i że nie wierzę, aby Swami mieszkając w Niemczech, mając tylu uczniów mógł w ogóle o mnie pamiętać i mieć jakikolwiek wpływ na moje życie. Stwierdziłam, że może ci, którzy na co dzień są blisko niego mają jego uwagę. Po tym stwierdzeniu zmieniłyśmy temat i nie wracałyśmy do niego.
W nocy tego samego dnia miałam sen:
Siedzę w kawiarni i nagle podchodzi do mojego stolika Swami śmieje się (tak pięknie jak tylko On potrafi) i mówi – „No i oto jestem” – i dosiada się. Chwile rozmawiamy, po czym stwierdza, że teraz musi iść ale porozmawiamy u Niego jak się zobaczymy. Jeszcze śniąc pomyślałam, że to niemożliwe aby teraz udało mi się pojechać do Ashramu, ale Swami był bardzo pewny tego, że zobaczymy się u Niego.
Ten sen był odpowiedzią na moje wątpliwości. Guru zawsze nas pamięta i towarzyszy nam, nawet jak wydaje nam się, że nie.
W przeciągu miesiąca udało mi się w „cudowny” sposób pojechać do Ashramu i dostać interview ze Swamim. Pierwsze słowa jakie usłyszałam od Guru zanim zdążyłam otworzyć usta to : „Czytałem Twoje maile” (moje serce skakało z radości – „był ze mną cały czas”). Po rozmowie z Nim zrozumiałam, że Guru jest z nami, ale często są nam stawiane próby, z którymi musimy sobie poradzić sami, które musimy przeżyć aby stać się silniejszymi na naszej duchowej drodze. To była taka próba. Ale nawet w jej trakcie Swami wyciągnął swoją pomocną dłoń pokazując jak bardzo mu na mnie zależy – zsyłając mi ten piękny sen. (Ramani)

sobota, 5 września 2009

Zdjęcie Kriszny


Miałem osiem lat, kiedy w 2000 roku Swami Vishwananda odwiedził nas i rozmawiał z ludźmi w naszym domu w Szwajcarii. W końcu przyszła kolej na mnie - na rozmowę ze Swamim. Ojciec wiele razy w przeszłości opowiadał mi historie o Krisznie i czułem, że jest mi bardzo bliski. Tęskniłem z całego "mojego młodego" serca, żeby zobaczyć Krisznę i móc z Nim porozmawiać. Swamiji powiedział mi, że w ciągu trzech dni moje życzenie się spełni i zobaczę Krisznę. Mój ośmioletni umysł wymyślił, że Kriszna przyjdzie przez okno lub, że nagle pojawi się za mną. Pomyślałem, że dzięki błogosławieństwu Swamiego sam Pan Kriszna pojawi się i będzie ze mną rozmawiał jak normalny człowiek. Ale tak się nie stało. Trzeciego dnia wieczorem właśnie kładłem się do łóżka, gdy ze zdziwieniem zauważyłem, że pojawiło się za mną zdjęcie Kriszny - górna część ciała, twarz - grał On na flecie. Jeden po drugim, zaczęli mi się pojawiać przed oczami ludzie, których nie znałem, ale wyraźnie mogłem w nich dostrzec Krisznę. Nagle Kriszna był wszędzie. Mogłem Go zobaczyć w każdym przedmiocie i w każdej osobie. Było to bardzo szczególne uczucie i doświadczenie, poczułem jakbym był wolny i jakby wszystko było jednym. Po trzech dniach rano Swami zadzwonił do mojego taty i zapytał, czy widziałem Krisznę. Na pytanie taty odpowiedziałem "Nie", bo byłem rozczarowany, że nie zobaczyłem Kriszny w taki sposób - w jaki sobie wyobraziłem. Tata potwierdził Swamiemu, że nie widziałem Kriszny, i Swami się zaśmiał. Później dopiero zdałem sobie sprawę, że nie tylko, zobaczyłem Krisznę, ale Swami Vishwananda dał mi moje pierwsze doświadczenie jedności z Bogiem.

PS
Na zdjęciu Murti Radhy i Kriszny w Światynii Bhakti Marga w Szwajcarii.

wtorek, 1 września 2009

Swami Vishwananda - Niespodzianki


Znam Swamiego Vishwanandę od kilku lat i nie potrafię już zliczyć ile razy mnie czymś zaskoczył i ile mi zrobił niespodzianek. Ostatnio Swami miał pierwszy Darszan w Pradze. Postanowiliśmy pojechać do Pragi dzień wcześniej, żeby trochę ją pozwiedzać. I tak włócząc się po Pradze zawędrowaliśmy na rynek starego miasta. Było tam tak tłoczno, że chwilami trudno było się przeciskać. Nagle, spośród tego tłumu usłyszeliśmy głosy wołające nasze imiona i zobaczyliśmy grupę osób, ze Swamim pośrodku, kierującą się w naszą stronę. Byłem tak zaskoczony, że przez chwilę nie bardzo wiedziałem co się dzieje. Byliśmy pewni, że Swami miał przyjechać do Pragi dopiero następnego dnia. Czy był to zbieg okoliczności? Kiedyś, dawno temu, zapytałem Swamiego o zbiegi okoliczności. Odpowiedział: „Nie ma zbiegów okoliczności ani przypadków”. Praktycznie za każdym razem kiedy się widzimy, Swami robi mi jakąś niespodziankę, i zwykle robi to z zaskoczenia, w chwili gdy najmniej się tego spodziewam.

niedziela, 30 sierpnia 2009

Swami Vishwananda - Miłosne oddanie Bogu


Zawsze, gdy wyjeżdżałem na Mauritius sypiałem ze Swamim w jego pokoju. Na początku czułem się trochę wystraszony nocą wśród zdjęć różnych Bóstw na ścianach, ale Swami Vishwananda opowiadał mi różne o Nich historie, żeby uspokoić mój umysł. Byłem tym zadziwiony, że w wieku 14 lat, potrafił opowiedzieć ze szczegółami wszystkie te historie. Jego oddanie Bogu było tak widoczne i inspirujące już w tak młodym wieku. W ciągu kilku dni poczułem chęć pójścia w ślady mojego starszego brata, gdy poprosiłem mamę o pieniądze na moje własne zdjęcia Bóstw. (Ravi)

niedziela, 23 sierpnia 2009

Wydawanie kieszonkowego na obrazki Bóstw


Za każdym razem, po odwiedzinach Swamiego na Mauritiusie, wyjeżdżałem stamtąd z nowymi, miłymi wspomnieniami. Gdy miałem 11 lat i po długiej przerwie wróciłem na Mauritius, zauważyłem, że Swami Vishwananda mocno się zmienił. Nie nazywano go już Papon - tylko Visham. Swami też bardzo urósł. Oprócz zmian na zewnątrz, Swami zmienił też swoje zainteresowania. Generalnie, Jego kilkunastoletni rówieśnicy mieli na ścianach plakaty piłkarzy lub gwiazd filmowych. Natomiast ściany sypialni Swamiego były całe w zdjęciach różnych Hinduskich Bóstw. Przekonałem się też, gdy razem poszliśmy na zakupy, że Swami całe kieszonkowe wydał na obrazki Bóstw.

Na zdjęciu jeden z należących do Swamiego Vishwanandy obrazków ze Świętym Sai Babą z Shirdi, z materializującym się Wibhuti (święty popiół), który znajduje się na Mauritiusie.

piątek, 24 lipca 2009

Moje pierwsze spotkanie

Swami Vishwananda przyszedł do mnie tak jak Mistrz, który zawsze szuka swojego ucznia. Ja już miałem innego Guru i nie szukałem nowego. Tak więc On, pojawił się w moim domu w piękne, słoneczne popołudnie i pozostał 10 minut nieruchomo w wejściu. Wszystkim dech zaparło. Nie mogłem sie pohamować od powtarzania w kółko: "Babaji jest tu, Babaji jest w moim domu. To niesamowite. Mój Boże, jaki On piękny!"
Faktycznie, nikt z nas obecnych nie mógł wydobyć z siebie głosu na widok tego przystojnego, 22 letniego chłopca, który emanował Boskością. Przeszliśmy na taras i nie mogliśmy oderwać wzroku od tego rzadkiego ptaka, który spadł nam z Nieba.
Byłem zadziwiony, że czułem się przy Nim tak swobodnie, jak przy starym przyjacielu, z którym się dawno nie widzieliśmy. Pokazałem Mu portrety swojego Mistrza, które sam namalowałem. Długo się im przyglądał. Powiedział, ten Mistrz ofiarował Mu dużą statuetkę Kryszny, kiedy odwiedził Mauritius. To mnie pocieszyło: jeżeli mój Guru ofiarował Mu statuetkę, to musi to być dobry człowiek.
Kiedy odszedł, jedyne życzenie jakie miałem, to by Go ponownie ujrzeć.
Właśnie zaczynała się seria indywidualnych spotkań, na których śpiewaliśmy badżany.
Swami poprosił, byśmy zrobili Jagnę w naszym domu i zrobiliśmy ją w kominku. W czasie Jagny, wszyscy wrzucają do ognia mieszankę zbóż, ziół i ryżu wypowiadając "swaha"- co oznacza ofiarować - o czym wtedy nie miałem pojęcia.
W czasie trwania Jagny, znalazłem się nagle w Indiach, siedząc na ziemi i powtarzając "Swaha" ofiarowywałem ryż do ognia. Pod koniec ceremonii w naszym domu podszedłem do Swamiego i Go zapytałem:
-"Powiedz mi, czy myśmy się znali w poprzednim wcieleniu w Indiach, gdzie razem zwykliśmy odprawiać Jagnę?"
-"Oczywiście, wiele razy!" Wymawiał te słowa z pięknym uśmiechem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.
-"Naprawdę?" zapytałem z zapartym tchem.
W tym momencie ktoś poprosił Swamiego, a ja zaniemówiłem i stałem tak z otwartą buzią.