"Kiedyś, w prywatnym domu, Swamiji poprosił abym zrobiła dla Niego herbatę. Siedział w jadalni, zwrócony placami do mnie będącej w kuchni. Słodziłam właśnie herbatę, kiedy Swami zawołał z drugiego pokoju: Dodaj więcej cukru, proszę ... nie dwie łyżeczki, trzy poproszę!"
Poniżej historia jednej z polskich uczennic Swamiego Vishwanandy. Napisała, że "historia jednak nie o Swamim będzie tylko o Babadżim. Choć mówią, że to jeden i ten sam. Być może, choć umysł na razie nie do końca to pojmuje. Może bardziej serce to zrozumie..."
"Bliski kontakt z Babadżim miałam dwa razy. Po raz pierwszy przyszedł do mnie we śnie - przecudna, świetlista postać, którą nawet trudno opisać słowami. Po raz drugi pojawił się w mojej medytacji, mniej więcej miesiąc temu. Od dłuższego czasu przeżywałam trudne chwile w życiu osobistym i zawodowym. Do tego kilkumiesięczna choroba, życie w ciągłym bólu, problemy finansowe, sprawiły, że gdzieś zaczęłam uciekać od tzw. duchowej sfery życia. Coraz trudniej przychodziła mi codzienna praktyka, medytacja, czy modlitwy. W końcu stało się coś, co sprawiło, że "czara goryczy się przelała" i zaczęłam wpadać w ciemną otchłań. Poczułam, że po wielu latach depresja znowu dopadła mnie w swoje szpony i tym razem tak szybko nie odpuści. Jednak kiedy było już bardzo źle i czułam, że jestem na tym świecie całkiem sama, coś mi mówiło: wstań, podnieś się jeszcze ten jeden raz, dasz radę, usiądź, zacznij spokojnie oddychać i spróbuj choć na chwilę pomyśleć o Bogu. Tak też zrobiłam. Zaczęłam się modlić, choć łzy płynęły, gardło było ściśnięte z bólu i nie bardzo wierzyłam w sens w tego co robię. Minął nie wiem jaki czas, kiedy ukazała mi się cudna postać Pana Babadżiego - przeźroczysta, promieniująca wspaniałym blaskiem... Poczułam, że nie jestem już sama. Poczułam ogromną miłość. Ta miłość powoli zaczęła wypełniać każdą moją komórkę. Przyszedł spokój i świadomość, że nie jestem sama i już nigdy nie będę. On zawsze będzie przy mnie. Wierzę, że On zawsze jest przy każdym z nas. Być może najbardziej właśnie wtedy, kiedy wydaje się, że nie ma już nic... Wiem, że gdyby nie On, nie dałabym sobie rady. To był prawdziwy cud. Parę dni po tym wydarzeniu rozpoczęłam 40-dniową medytację z Babadżim. Oczywiście nie skończy się na 40 dniach:-) Dla mnie Babadżi jest Czystą Miłością. Po prostu. Miłością, do której chcę dążyć. Kiedyś myślałam, że największym szczęściem jest bycie kochanym. Teraz zaczynam rozumieć że jest całkowicie odwrotnie. Największym szczęściem jest miłość, którą my możemy ofiarować, którą możemy przesyłać kiedy tylko chcemy, komu chcemy i ile chcemy, i nikt nie jest w stanie nam tego zabronić, a to daje tyle radości... Ta bezinteresowna miłość, o której tak często mówi Śri Swami Vishwananda, to jest właśnie to szczęście, którego szukamy wszędzie i we wszystkich. A ono faktycznie jest w nas samych, w naszych sercach. Trzeba się tylko do niego dokopać. Nie jest to zadanie łatwe, nie znaczy jednak, że niemożliwe." Ela.
W sobotę rozpoczęło się Nawaratri. Nawaratri jest to 9 dni, podczas których czci się Boską Matkę pod różnymi postaciami. Sri Swami Vishwananda celebruje uroczystości w Centrum Bhakti Marga w Springen. Pierwsze trzy dni są dedykowane dla Durgi, bogini opieki, niepokonanej; kolejne trzy dni dedykowane są Maha Lakshmi, bogini bogactwa, zarówno duchowego jak i materialnego; i ostanie trzy dni poświęcone Saraswati, bogini wiedzy, muzyki i sztuki. Na zdjęciu Sri Swami Vishwananda podczas Nawaratri w 2006 roku, a poniżej link do zdjęć z rozpoczęcia Nawaratri w Świątyni Vara Lakshmi Narasimha http://www.flickr.com/photos/varalakshminarasimha/sets/72157622419048808/show/with/3937816171/
W dniach 13 i 14 lutego 2009 Sri Swami Vishwananda celebrował inaugurację Świątyni poświęconej Vara Lakshmi Narasimhie. Uroczystość trwała dwa dni. W tym czasie Swami Vishwananda przeprowadził Kalash Pudżę, Jagnę, ożywił Murti Vara Narasimhy i Lakshmi, oraz poprowadził Abiszekam. Było to cudowne wydarzenie, w którym wzięło udział kilkadziesiąt osób, wypełniając Świątynię po brzegi. Prem Se Bolo Sri Vara Lakshmi Narasimha Ki Jay!
Od maja 2009 roku przechodziłam wielki kryzys wiary. Miałam wrażenie jakby mnie pochłonęły jakieś ciemności – nie wiedziałam już co jest prawdą, a co nie. Zaczęłam wątpić we wszystko co wcześniej było dla mnie tak ważne. Napisałam 2 maile do Swamiego wylewając wszystkie swoje żale i cierpienie duszy, które wtedy odczuwałam. Dostałam tylko jedną zdawkową odpowiedź – „Słuchaj swojego serca, teraz wyjeżdżam, napiszę do Ciebie później.” Ale później nie nastąpiło, po drugim mailu całkowity brak odpowiedzi. Czułam się wtedy opuszczona i pomyślałam, że nawet Guru nie chce mieć ze mną do czynienia, że mnie zostawił w najcięższych momentach życia. Któregoś dnia, gdy już największe emocje opadły, moja koleżanka zapytała mnie – „Jak Twoja relacja z Guru?”, na co jej odpowiedziałam, że relacji nie ma i że nie wierzę, aby Swami mieszkając w Niemczech, mając tylu uczniów mógł w ogóle o mnie pamiętać i mieć jakikolwiek wpływ na moje życie. Stwierdziłam, że może ci, którzy na co dzień są blisko niego mają jego uwagę. Po tym stwierdzeniu zmieniłyśmy temat i nie wracałyśmy do niego. W nocy tego samego dnia miałam sen: Siedzę w kawiarni i nagle podchodzi do mojego stolika Swami śmieje się (tak pięknie jak tylko On potrafi) i mówi – „No i oto jestem” – i dosiada się. Chwile rozmawiamy, po czym stwierdza, że teraz musi iść ale porozmawiamy u Niego jak się zobaczymy. Jeszcze śniąc pomyślałam, że to niemożliwe aby teraz udało mi się pojechać do Ashramu, ale Swami był bardzo pewny tego, że zobaczymy się u Niego. Ten sen był odpowiedzią na moje wątpliwości. Guru zawsze nas pamięta i towarzyszy nam, nawet jak wydaje nam się, że nie. W przeciągu miesiąca udało mi się w „cudowny” sposób pojechać do Ashramu i dostać interview ze Swamim. Pierwsze słowa jakie usłyszałam od Guru zanim zdążyłam otworzyć usta to : „Czytałem Twoje maile” (moje serce skakało z radości – „był ze mną cały czas”). Po rozmowie z Nim zrozumiałam, że Guru jest z nami, ale często są nam stawiane próby, z którymi musimy sobie poradzić sami, które musimy przeżyć aby stać się silniejszymi na naszej duchowej drodze. To była taka próba. Ale nawet w jej trakcie Swami wyciągnął swoją pomocną dłoń pokazując jak bardzo mu na mnie zależy – zsyłając mi ten piękny sen. (Ramani)
Któregoś dnia, w listopadzie 2008 roku usłyszałam sygnał domofonu. Zdziwiłam się, bo niespodziewanie przyszedł kolega, z którym nie miałam bliższego kontaktu. Powiedział: „Właśnie wróciłem z Ashramu, Swami zmaterializował ten medalion i powiedział, że to prezent dla waszego syna, kazał mi go przekazać” – i podał mi medalion przedstawiający z jednej strony Narashimkę, a z drugiej jantrę. Byłam w kompletnym szoku, bo nasz adoptowany synek był z nami od niespełna tygodnia i praktycznie nikt nie wiedział, że już mamy dziecko. Swami wiedział, że czekamy na adopcję, ale gdy się doczekaliśmy byłam za bardzo podekscytowana aby kogokolwiek poza rodziną informować o tym. Ale Swami wiedział, On nie potrzebuje listów, czy maili aby wiedzieć co się dzieje w naszym życiu. Dostałam kolejny dowód jego ciągłej opieki i miłości jaką nas darzy. (Ramani)