W podróż na Seszele zabrałem książkę Joganandy "Autobiografia Jogina". Albo moja żona, albo ja czytaliśmy ją na głos, gdy jedno z nas bawiło sie z naszym synem Romeo na plaży. Odkrywając ten cudowny świat duchowości i Boskiej Miłości, tęskniłem za spotkaniem na tej planecie takiego Mistrza. Po powrocie do Europy, odwiedziłem duchowy ośrodek, założony przez jednego z uczniów Joganandy w Asyżu. Nie wystarczyło mi to jednak. Przeglądałem w internecie strony żyjących na ziemi Mistrzów. Dopiero po kilku kolejnych latach w końcu odnalazłem swojego prawdziwego duchowego Mistrza. Swami Vishwananda w tamtym czasie mieszkał jeszcze z rodzicami na Mauritiusie.
W Jego pokoju, w którym dorastał, w Quatrre-Bornes, wizerunki różnych świętych pokrywają całą ścianę. Na półkach stoją figurki rożnych świętych. Każdy przedmiot pokrywa Wibuti (święty popiół), który odwiedzający jak i rodzice na początku pomylili z kurzem. Warstwa jego jest czasami tak gruba, ze głowa Murti (figurki) ledwo wystaje spod góry popiołu.
Na Mauritiusie Swami Vishwananda miał najpierw wybudowaną małą świątynię na ziemi rodziców - za ich zgodą, gdzie co tydzień śpiewają badżany. Z czasem, w ogrodzie przy domu znajomych, wybudował pierwszy Aszram - dzięki ich szczodrości. Jest tam mała kapliczka wypełniona figurkami Świętej Dziewicy Maryi. Figurki Matki Boskiej zostały przywiezione z wielu miejsc pielgrzymek w Europie: Lourdes, Medjegorje, Pontmain, Loretto, Rzymu, Pelvoisin i Fatimy.
czwartek, 30 lipca 2009
środa, 29 lipca 2009
Wibuti
Pewnego dnia 2005 w Aszramie na Mauritiusie mogłam się na własne oczy przekonać, skąd pochodzi Wibuti.
Swami Vishwananda zapowiedział:
-"Dzisiaj muszę przygotować trochę Wibuti. Potrzebuję go sporo!"
Po czym udał się do swojej sypialni i usiadł na prześcieradle ubrany w lunghi (hinduski strój). Włączył na Hi fi badżan "Om Namah Shivaya". A my w sąsiednim pokoju, również śpiewaliśmy przez kolejne 40 min. "Om Namah Shivaya".
Zawołała nas Yogeshini, która stała pod drzwiami. Na korytarzu silnie pachniało pięknym zapachem Wibuti. Gdy weszliśmy do pokoju zapach był jeszcze intensywniejszy. Panowała iście Boska Atmosfera. Swami Vishwananda był cały pokryty emanującym z Niego białym popiołem. Swami był nim pokryty od stop do głów! Złapaliśmy za cztery rogi prześcieradło i znieśliśmy na dół, aby poprzesypywać popiół w małe saszetki. Mieliśmy około 25kg Wibuti i napełniliśmy nim w przybliżeniu 7000 saszetek. Zostały one rozdane wszystkim podczas Darszanu.
Jakiś czas potem powiedziałam do Swamiego:
-"Jestem przyzwyczajona oglądać Ciebie w kolorze brązowym. Nie mogłam Cię wcale rozpoznać. Nie jestem rasistką, ale wolę Cię w brązach. Skąd sie bierze Wibuti? Jak ono się pojawia?"
-"To jest światło płynące z mojego ciała, które transformuje się w Wibuti. Dawniej pozwalałem ludziom patrzeć, ale obecnie światło jest zbyt jasne i wypaliłoby wam wzrok" wyjaśnił Swami Vishwananda.
Swami Vishwananda zapowiedział:
-"Dzisiaj muszę przygotować trochę Wibuti. Potrzebuję go sporo!"
Po czym udał się do swojej sypialni i usiadł na prześcieradle ubrany w lunghi (hinduski strój). Włączył na Hi fi badżan "Om Namah Shivaya". A my w sąsiednim pokoju, również śpiewaliśmy przez kolejne 40 min. "Om Namah Shivaya".
Zawołała nas Yogeshini, która stała pod drzwiami. Na korytarzu silnie pachniało pięknym zapachem Wibuti. Gdy weszliśmy do pokoju zapach był jeszcze intensywniejszy. Panowała iście Boska Atmosfera. Swami Vishwananda był cały pokryty emanującym z Niego białym popiołem. Swami był nim pokryty od stop do głów! Złapaliśmy za cztery rogi prześcieradło i znieśliśmy na dół, aby poprzesypywać popiół w małe saszetki. Mieliśmy około 25kg Wibuti i napełniliśmy nim w przybliżeniu 7000 saszetek. Zostały one rozdane wszystkim podczas Darszanu.
Jakiś czas potem powiedziałam do Swamiego:
-"Jestem przyzwyczajona oglądać Ciebie w kolorze brązowym. Nie mogłam Cię wcale rozpoznać. Nie jestem rasistką, ale wolę Cię w brązach. Skąd sie bierze Wibuti? Jak ono się pojawia?"
-"To jest światło płynące z mojego ciała, które transformuje się w Wibuti. Dawniej pozwalałem ludziom patrzeć, ale obecnie światło jest zbyt jasne i wypaliłoby wam wzrok" wyjaśnił Swami Vishwananda.
wtorek, 28 lipca 2009
Francuska piekarnia
Swami Vishwananda lubi odwiedzać miejsca kultu. Pewnego dnia pojechaliśmy z wizytą do Najświętszej Panny z Liesse we Francji, Czarna Madonna - Matka Boga. Wielu wielkich oddało Jej swój hołd w tym kościele m.in. Joanna d'Arc. W kościele Swami Vishwananda powiedział do mnie:
-"Przyjemna energia w tym kościele".
-"Jest półmrok i ledwie widać jakieś światło, jedyne co dostrzegam, to wysoko Figurkę Najświętszej Panny z Liesse" odpowiedziałem.
Uklęknęliśmy i pomodliliśmy się przed figurką.
W drodze powrotnej, w przejściu leżały małe broszury. Swami nabył jedną i zaczął czytać na głos historie. Czytał je podczas wychodzenia z kościoła.
-"Zobacz, piekarnia, może kupilibyśmy sobie coś do jedzenia" powiedział.
-"Z największą przyjemnością, śniadanie było dawno, a obiadu nie jedliśmy" odpowiedziałem.
Po wejściu do piekarni Swami nadal czytał historie Najświętszej Panny z Liesse. Sprzedawczyni była bardzo zajęta obsługiwaniem nas, gdy nagle Swami zauważył na głos: "patrz, co oni napisali: W czasie Rewolucji Francuskiej spalono figurkę w piecu w piekarni". Po czym zwrócił sie do sprzedawczyni:
-"Czy to w piecu tej piekarni została spalona cudowna figurka?"
-"Hm, tak. To był mój pra-pra-pradziadek" -odparła zawstydzona sprzedawczyni.
Swami zapłacił i wyszliśmy z piekarni.
-"Powiedz mi proszę, czy istnieje coś takiego jak karma rodziny, narodu czy nacji? spytałem.
-"Oczywiście że tak, może ciążyć ona na kolejnych pokoleniach" odpowiedział.
-"I Ty właśnie za jednym zamachem usunąłeś karmę tej rodziny?".
Swami Vishwananda pokiwał głową, gdy właśnie zbliżaliśmy sie do samochodu z naszymi małymi bułeczkami ze szpinakiem.
-"Przyjemna energia w tym kościele".
-"Jest półmrok i ledwie widać jakieś światło, jedyne co dostrzegam, to wysoko Figurkę Najświętszej Panny z Liesse" odpowiedziałem.
Uklęknęliśmy i pomodliliśmy się przed figurką.
W drodze powrotnej, w przejściu leżały małe broszury. Swami nabył jedną i zaczął czytać na głos historie. Czytał je podczas wychodzenia z kościoła.
-"Zobacz, piekarnia, może kupilibyśmy sobie coś do jedzenia" powiedział.
-"Z największą przyjemnością, śniadanie było dawno, a obiadu nie jedliśmy" odpowiedziałem.
Po wejściu do piekarni Swami nadal czytał historie Najświętszej Panny z Liesse. Sprzedawczyni była bardzo zajęta obsługiwaniem nas, gdy nagle Swami zauważył na głos: "patrz, co oni napisali: W czasie Rewolucji Francuskiej spalono figurkę w piecu w piekarni". Po czym zwrócił sie do sprzedawczyni:
-"Czy to w piecu tej piekarni została spalona cudowna figurka?"
-"Hm, tak. To był mój pra-pra-pradziadek" -odparła zawstydzona sprzedawczyni.
Swami zapłacił i wyszliśmy z piekarni.
-"Powiedz mi proszę, czy istnieje coś takiego jak karma rodziny, narodu czy nacji? spytałem.
-"Oczywiście że tak, może ciążyć ona na kolejnych pokoleniach" odpowiedział.
-"I Ty właśnie za jednym zamachem usunąłeś karmę tej rodziny?".
Swami Vishwananda pokiwał głową, gdy właśnie zbliżaliśmy sie do samochodu z naszymi małymi bułeczkami ze szpinakiem.
poniedziałek, 27 lipca 2009
Ignorowanie Maji
W Pasadenie, podczas podróży Swamiego Vishwanandy po USA, w grudniu 2006 roku na Kongresie Jedności Swami poprowadził wykład o mudrach. Duża sala z balkonem mogła pomieścić do trzech tysięcy osób.
Swami Vishwananda usiadł na wielkiej scenie, a na sali siedziało porozrzucanych w różnych miejscach jakieś sto osób.
Swami zaczął z ciepłem mówić o duchowości. Następnie zademonstrował mudry objaśniając ich znaczenie i przypisane do każdej z nich mantry. Przede mną jakieś młode dziewczyny, które nieuważnie słuchały wykładu zaczęły flirować z chłopakiem siedzącym obok. Potem pojawiło się na sali kilka osób, ale nie zostały, najwyraźniej licząc na coś bardziej spektakularnego. W sali wiał przeszywająco chłodny powiew i jakieś trzydzieści osób wyszło z niej.
Było mi tak żal mojego Guruji, który musiał znosić te pustki na sali i chłodną publiczność.
Po zakończeniu wykładu, przeszliśmy do lobby, gdzie kilku z pozostałych jeszcze słuchaczy chciało porozmawiać ze Swamim Vishwanandą. Swami rozmawiał z każdym z nich nie spiesząc się. Pomyślałem, żeby zaproponować Mu na rozgrzanie herbatę, ale dał mi do zrozumienia, że herbata może poczekać.
Na zewnątrz budynku wiał ostry wiatr, a Swami Vishwananda miał na sobie jedynie swoją tunikę i sandały z bosymi stopami. Zastanawiałem się, jak On dał radę rozmawiać z każdym bez zwracania uwagi na przeszywający do szpiku kości chłód. Wtedy przypomniałem sobie słowa, jakie do mnie wypowiedział w czasie lotu do USA:
"Maja jest bardzo silna i podstępna, potykają się o nią nawet niektórzy guru. Bogactwo, zaszczyty, sława i przyjemności materialne potrafią omamić niektórych z nich. Najlepszy sposób na to, żeby nie dać sie złapać w sieć iluzji, to być pokornym i ignorować ją".
Mogłem doświadczyć sam sposobu, w jaki Swami Vishwananda ignoruje maję. Odsunął On potrzeby osobiste na bok i skoncentrował się na potrzebach innych ludzi i na tym, co było w tym momencie ważne dla nich.
Swami Vishwananda usiadł na wielkiej scenie, a na sali siedziało porozrzucanych w różnych miejscach jakieś sto osób.
Swami zaczął z ciepłem mówić o duchowości. Następnie zademonstrował mudry objaśniając ich znaczenie i przypisane do każdej z nich mantry. Przede mną jakieś młode dziewczyny, które nieuważnie słuchały wykładu zaczęły flirować z chłopakiem siedzącym obok. Potem pojawiło się na sali kilka osób, ale nie zostały, najwyraźniej licząc na coś bardziej spektakularnego. W sali wiał przeszywająco chłodny powiew i jakieś trzydzieści osób wyszło z niej.
Było mi tak żal mojego Guruji, który musiał znosić te pustki na sali i chłodną publiczność.
Po zakończeniu wykładu, przeszliśmy do lobby, gdzie kilku z pozostałych jeszcze słuchaczy chciało porozmawiać ze Swamim Vishwanandą. Swami rozmawiał z każdym z nich nie spiesząc się. Pomyślałem, żeby zaproponować Mu na rozgrzanie herbatę, ale dał mi do zrozumienia, że herbata może poczekać.
Na zewnątrz budynku wiał ostry wiatr, a Swami Vishwananda miał na sobie jedynie swoją tunikę i sandały z bosymi stopami. Zastanawiałem się, jak On dał radę rozmawiać z każdym bez zwracania uwagi na przeszywający do szpiku kości chłód. Wtedy przypomniałem sobie słowa, jakie do mnie wypowiedział w czasie lotu do USA:
"Maja jest bardzo silna i podstępna, potykają się o nią nawet niektórzy guru. Bogactwo, zaszczyty, sława i przyjemności materialne potrafią omamić niektórych z nich. Najlepszy sposób na to, żeby nie dać sie złapać w sieć iluzji, to być pokornym i ignorować ją".
Mogłem doświadczyć sam sposobu, w jaki Swami Vishwananda ignoruje maję. Odsunął On potrzeby osobiste na bok i skoncentrował się na potrzebach innych ludzi i na tym, co było w tym momencie ważne dla nich.
sobota, 25 lipca 2009
Przepalona żarówka
Tego ranka po przebudzeniu, lampka przy hotelowym łóżku Swamiego Vishwanandy nie dała się już zapalić.
-"To musiało się stać wtedy, gdy udałem się do tej obłożnie chorej kobiety. Odwiedziłem ją, by dać jej ukojenie, ponieważ ona wkrótce umrze. To energia musiała przepalić żarowkę. Gdybyś się obudził wcześniej i na mnie spojrzał, wyglądałem jakbym nie żył i mógłbyś się przestraszyć" powiedział.
-"Być może. Powiedz mi, czy ta osoba była świadoma tego, że Ty do niej przyszedłeś?"
-"Oczywiście! Odwiedzę ją dzisiaj ponownie. Wiesz, na trzy dni przed śmiercią, wielu ludzi ma ogląd całego swojego życia oraz sposobu w jaki umrą. Dlatego u tych, którzy są blisko śmierci, nagle poprawia się stan zdrowia, po to żeby mogli się porozumieć z tymi, których opuszczą" powiedział.
Wsiedliśmy do samochodu i wyjechaliśmy na autostradę. Nad autostradami, sygnalizacja świetlna wskazuje lokalny czas. Zauważyłem, że za każdym razem, kiedy przejeżdżaliśmy pod taką sygnalizacją, światło zaczynało mrugać.
-"O co tu chodzi? Czy to jest kontrola prędkości? spytałem.
-"Nie, to musi nadal być energia" odpowiedział Swami Vishwananda.
-"To musiało się stać wtedy, gdy udałem się do tej obłożnie chorej kobiety. Odwiedziłem ją, by dać jej ukojenie, ponieważ ona wkrótce umrze. To energia musiała przepalić żarowkę. Gdybyś się obudził wcześniej i na mnie spojrzał, wyglądałem jakbym nie żył i mógłbyś się przestraszyć" powiedział.
-"Być może. Powiedz mi, czy ta osoba była świadoma tego, że Ty do niej przyszedłeś?"
-"Oczywiście! Odwiedzę ją dzisiaj ponownie. Wiesz, na trzy dni przed śmiercią, wielu ludzi ma ogląd całego swojego życia oraz sposobu w jaki umrą. Dlatego u tych, którzy są blisko śmierci, nagle poprawia się stan zdrowia, po to żeby mogli się porozumieć z tymi, których opuszczą" powiedział.
Wsiedliśmy do samochodu i wyjechaliśmy na autostradę. Nad autostradami, sygnalizacja świetlna wskazuje lokalny czas. Zauważyłem, że za każdym razem, kiedy przejeżdżaliśmy pod taką sygnalizacją, światło zaczynało mrugać.
-"O co tu chodzi? Czy to jest kontrola prędkości? spytałem.
-"Nie, to musi nadal być energia" odpowiedział Swami Vishwananda.
piątek, 24 lipca 2009
Moje pierwsze spotkanie
Swami Vishwananda przyszedł do mnie tak jak Mistrz, który zawsze szuka swojego ucznia. Ja już miałem innego Guru i nie szukałem nowego. Tak więc On, pojawił się w moim domu w piękne, słoneczne popołudnie i pozostał 10 minut nieruchomo w wejściu. Wszystkim dech zaparło. Nie mogłem sie pohamować od powtarzania w kółko: "Babaji jest tu, Babaji jest w moim domu. To niesamowite. Mój Boże, jaki On piękny!"
Faktycznie, nikt z nas obecnych nie mógł wydobyć z siebie głosu na widok tego przystojnego, 22 letniego chłopca, który emanował Boskością. Przeszliśmy na taras i nie mogliśmy oderwać wzroku od tego rzadkiego ptaka, który spadł nam z Nieba.
Byłem zadziwiony, że czułem się przy Nim tak swobodnie, jak przy starym przyjacielu, z którym się dawno nie widzieliśmy. Pokazałem Mu portrety swojego Mistrza, które sam namalowałem. Długo się im przyglądał. Powiedział, ten Mistrz ofiarował Mu dużą statuetkę Kryszny, kiedy odwiedził Mauritius. To mnie pocieszyło: jeżeli mój Guru ofiarował Mu statuetkę, to musi to być dobry człowiek.
Kiedy odszedł, jedyne życzenie jakie miałem, to by Go ponownie ujrzeć.
Właśnie zaczynała się seria indywidualnych spotkań, na których śpiewaliśmy badżany.
Swami poprosił, byśmy zrobili Jagnę w naszym domu i zrobiliśmy ją w kominku. W czasie Jagny, wszyscy wrzucają do ognia mieszankę zbóż, ziół i ryżu wypowiadając "swaha"- co oznacza ofiarować - o czym wtedy nie miałem pojęcia.
W czasie trwania Jagny, znalazłem się nagle w Indiach, siedząc na ziemi i powtarzając "Swaha" ofiarowywałem ryż do ognia. Pod koniec ceremonii w naszym domu podszedłem do Swamiego i Go zapytałem:
-"Powiedz mi, czy myśmy się znali w poprzednim wcieleniu w Indiach, gdzie razem zwykliśmy odprawiać Jagnę?"
-"Oczywiście, wiele razy!" Wymawiał te słowa z pięknym uśmiechem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.
-"Naprawdę?" zapytałem z zapartym tchem.
W tym momencie ktoś poprosił Swamiego, a ja zaniemówiłem i stałem tak z otwartą buzią.
Faktycznie, nikt z nas obecnych nie mógł wydobyć z siebie głosu na widok tego przystojnego, 22 letniego chłopca, który emanował Boskością. Przeszliśmy na taras i nie mogliśmy oderwać wzroku od tego rzadkiego ptaka, który spadł nam z Nieba.
Byłem zadziwiony, że czułem się przy Nim tak swobodnie, jak przy starym przyjacielu, z którym się dawno nie widzieliśmy. Pokazałem Mu portrety swojego Mistrza, które sam namalowałem. Długo się im przyglądał. Powiedział, ten Mistrz ofiarował Mu dużą statuetkę Kryszny, kiedy odwiedził Mauritius. To mnie pocieszyło: jeżeli mój Guru ofiarował Mu statuetkę, to musi to być dobry człowiek.
Kiedy odszedł, jedyne życzenie jakie miałem, to by Go ponownie ujrzeć.
Właśnie zaczynała się seria indywidualnych spotkań, na których śpiewaliśmy badżany.
Swami poprosił, byśmy zrobili Jagnę w naszym domu i zrobiliśmy ją w kominku. W czasie Jagny, wszyscy wrzucają do ognia mieszankę zbóż, ziół i ryżu wypowiadając "swaha"- co oznacza ofiarować - o czym wtedy nie miałem pojęcia.
W czasie trwania Jagny, znalazłem się nagle w Indiach, siedząc na ziemi i powtarzając "Swaha" ofiarowywałem ryż do ognia. Pod koniec ceremonii w naszym domu podszedłem do Swamiego i Go zapytałem:
-"Powiedz mi, czy myśmy się znali w poprzednim wcieleniu w Indiach, gdzie razem zwykliśmy odprawiać Jagnę?"
-"Oczywiście, wiele razy!" Wymawiał te słowa z pięknym uśmiechem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.
-"Naprawdę?" zapytałem z zapartym tchem.
W tym momencie ktoś poprosił Swamiego, a ja zaniemówiłem i stałem tak z otwartą buzią.
czwartek, 23 lipca 2009
Pierścionki
Swami Vishwananda od młodych lat manifestuje rożne rzeczy. Wielu ludzi było naocznymi świadkami tego i otrzymało od Niego takie przedmioty jak pierścionki, vibhuti, wisiorki i małe statuetki. Bliska uczennica z Mauritiusu opowiedział nam o następującym doświadczeniu, które pokazuje nam, że za wszystkimi tymi materializacjami, ukryty jest cel - ochraniać daną osobę w czasie trudności:
"Kiedyś Swami Vishwananda zmaterializował dla mnie bardzo piękny pierścionek wysadzany diamentem. Za każdym razem, gdy sie widzieliśmy Swami pytał: "Czy kamień nadal jest w pierścieniu?" Odpowiadałam, że kamień nadal tam jest. Wydawało mi się to zastanawiające, że pytał o kamień zawsze, gdy się spotykaliśmy. Pewnego dnia mój narzeczony bardzo zachorował i zawiozłam go do kliniki, w której lekarz stwierdził potrzebę natychmiastowej operacji.
Kiedy zapaliło się w jego życiu już "zielone światełko" i zagrożenie minęło, udałam się do Rose Hill - świątyni wzniesionej na Mauritiusie przez Swamiego Vishwanandę. Wchodząc do świątyni zdałam sobie sprawę, że kamień z pierścienia zniknął. Poczułam lekki strach i zasmuciłam się, bo był wyjątkowo piękny. Kiedy wkrótce Swami zadzwonił do mnie, powiedziałam Mu, że brakuje kamienia w moim pierścionku. On mnie pocieszył, że wszystko jest dokładnie, tak jak powinno być i, że nie mam się o co martwić, ponieważ pierścionek był zmaterializowany z myślą o moim narzeczonym.
W 2003 roku Swami Vishwananda zmaterializował dla mnie kolejny pierścień, tym razem wysadzony różowym kamieniem. W 2005 roku urodziłam córeczkę o imieniu Shipra. Lekarze trochę się o mnie obawiali, gdyż miałam bardzo zawyżone ciśnienie krwi i poród nastąpił jeden i pół miesiąca za wcześnie. Poród był z komplikacjami i musiałam zostać kolejne pięć dni w szpitalu, zanim ostatecznie wypisano mnie do domu. W ciągu dnia zasnęłam z pierścieniem, a kiedy się obudziłam, zobaczyłam, że pierścionka nie było. Przeszukałam wszystko, aż w końcu dotarło do mnie, że pierścienie materializowane przez Swamiego Vishwanandę mają za zadanie przeprowadzać nas przez trudne czasy i znikają same, kiedy wypełnią już swoje zadanie.
B.G.S-Mauritius
"Kiedyś Swami Vishwananda zmaterializował dla mnie bardzo piękny pierścionek wysadzany diamentem. Za każdym razem, gdy sie widzieliśmy Swami pytał: "Czy kamień nadal jest w pierścieniu?" Odpowiadałam, że kamień nadal tam jest. Wydawało mi się to zastanawiające, że pytał o kamień zawsze, gdy się spotykaliśmy. Pewnego dnia mój narzeczony bardzo zachorował i zawiozłam go do kliniki, w której lekarz stwierdził potrzebę natychmiastowej operacji.
Kiedy zapaliło się w jego życiu już "zielone światełko" i zagrożenie minęło, udałam się do Rose Hill - świątyni wzniesionej na Mauritiusie przez Swamiego Vishwanandę. Wchodząc do świątyni zdałam sobie sprawę, że kamień z pierścienia zniknął. Poczułam lekki strach i zasmuciłam się, bo był wyjątkowo piękny. Kiedy wkrótce Swami zadzwonił do mnie, powiedziałam Mu, że brakuje kamienia w moim pierścionku. On mnie pocieszył, że wszystko jest dokładnie, tak jak powinno być i, że nie mam się o co martwić, ponieważ pierścionek był zmaterializowany z myślą o moim narzeczonym.
W 2003 roku Swami Vishwananda zmaterializował dla mnie kolejny pierścień, tym razem wysadzony różowym kamieniem. W 2005 roku urodziłam córeczkę o imieniu Shipra. Lekarze trochę się o mnie obawiali, gdyż miałam bardzo zawyżone ciśnienie krwi i poród nastąpił jeden i pół miesiąca za wcześnie. Poród był z komplikacjami i musiałam zostać kolejne pięć dni w szpitalu, zanim ostatecznie wypisano mnie do domu. W ciągu dnia zasnęłam z pierścieniem, a kiedy się obudziłam, zobaczyłam, że pierścionka nie było. Przeszukałam wszystko, aż w końcu dotarło do mnie, że pierścienie materializowane przez Swamiego Vishwanandę mają za zadanie przeprowadzać nas przez trudne czasy i znikają same, kiedy wypełnią już swoje zadanie.
B.G.S-Mauritius
Subskrybuj:
Posty (Atom)